InfrastrukturaMiesięcznik

piątek, 09 czerwiec 2017 10:58

Piękno brzydoty, a brak strachu...

Napisane przez 
Piękno brzydoty, a brak strachu... Fot. Arek Markowicz

O treściach fałszywie ujemnych i akceptowaniu brzydoty dnia codziennego, radzeniu sobie z emocjami pomimo wszystko i wszystkich z Robertem Kroolem, współtwórcą nowej kategorii scenicznej Mentoring Theater, prezesem zarządu Stowarzyszenia Profesjonalnych Mówców, rozmawia Anna Krawczyk.

 

Jestem niezwykle ciekawa, czym zajmuje się Stowarzyszenie Profesjonalnych Mówców…

Promujemy erystykę, dialektykę i retorykę sceniczną. Sztuki te we współczesności zanikają. Skupiamy mówców różnych specjalizacji: prawników, lekarzy, biegłych rewidentów, także psychologów i inżynierów. Ćwiczenia aktorskie, oratorskie są de facto ćwiczeniami terapeutycznymi. Jeśli trzysta czy czterysta razy odegra się rolę, w której jest poczucie winy, radości lub smutku – wpływa to bardzo terapeutycznie, osoba rzeczywiście zaczyna czuć te emocje. A emocje to energia; i stąd już krótka droga do dzieła. Takie metody stosujemy w nowo otwartym Liceum LifeSkills Nr 1 w Warszawie. Młodzież uczy się umiejętności użytecznych życiowo, jak np. przeżywania trudnych rozmów, rozwiązywania sporów i pokonywania lęku przed wystąpieniami publicznymi…

Jak więc ma się dziś kultura polska?

Nie najlepiej, być może jako naród mamy do niej mało szacunku. Manifestuje się to w prosty sposób: to, co polskie, jest złe, a to, co pochodzi z zagranicy, jest super. Emigracja po otwarciu granic UE była kwestią wolnego wyboru, ale niekoniecznie już kwestią wyboru świadomego… Część osób rozczarowana wróciła do kraju i ma prawo doświadczać problemu z tożsamością. Patrząc na ostatnie 400 lat naszej historii, trudno zaobserwować w niej ciągłość państwowości – bo zabory, bo przesunięcie granic, bo przesiedlenia.

A język, mowa jest formą wyrazu kultury, w tym uczuć. Brak mowy, przestrzeni dla języka, generuje wiele obaw, bo milcząc, nie wyrażamy się. Ciągle część społeczeństwa ma niewyrażone kompleksy, przykryte czymś na kształt intelektualnego szpachla, stąd dla niektórych kluczową kwestią w kształceniu dzieci może być nauka języka obcego. Tymczasem w edukacji od zarania dziejów kluczowa jest nauka samodzielnego myślenia, czyli: jak myśleć, a nie: co myśleć!

Czy w związku z tym spora część Polaków ma problem z wyrażaniem uczuć?

Budowanie kompetencji emocjonalnych jest osią mentoratu, którym zajmuję się od 25 lat. Dorosły mężczyzna zapytany, co czuje, odpowiada z głowy: „wydaje mi się, sądzę…”, a nie z serca, czyli: „czuję smutek”. Mężczyznom bardzo trudno jest mówić o uczuciach, a jeszcze trudniej o emocjach pierwotnych: gniewie, smutku, radości lub strachu – bo trzeba się z nimi skonfrontować. Łatwiej jest powiedzieć „jestem wkurzony”, niż „boję się”, ponieważ wtedy można wyjść na mięczaka. Doprowadzenie mężczyzny w wieku 45–50 lat do tego, aby przyznał się, że jest bezradny, zajmuje czasami tygodnie. Łatwiej mu stwierdzić, że jest zdenerwowany lub że czuje się bezsilny, bo pokazuje wtedy zaangażowanie. U kobiet jest trochę lepiej z odczuwaniem.

Tak więc język wiodący określający tożsamość jest ważny, a priorytet stanowi nauczenie się myślenia w tym języku… Przykładowo powszechne pojęcie „intuicja” to de facto przeczucie. Dla mężczyzn może być jednak kłopotliwe. Szybciej przyjdzie nam powiedzieć: „wyliczyłem – nie wyliczyłem”, „wiem – nie wiem”. Jednak „przeczuwam”…? To brzmi słabo. A może jednak warto się nad tym zatrzymać?

Bardzo modnym określeniem jest też słowo „innowacje”…

Tak, to za nim ukrywają się nowe marże; z tym, że na dziesięć wprowadzanych przez korporacje nowości, średnia skuteczności wynosi 1,5, czyli 15 proc. Peter Drucker już w latach 70. opisywał, że świat jest pełen bezużytecznych innowacji. Być może z tego powodu szereg osób woli więc operować wyrażeniem „innowacja”, bo trudno im odpowiedzieć na pytania: Ile ma wynosić marża za nowy produkt?, Czy w ogóle będzie i kiedy nadejdzie? Nowe marże to sformułowanie, które szybko buduje kontakt z bazą.

Ale to nie brzmi poetycko?

To prawda, na wyciągach z konta brak miejsca na piękne słowa. Jako mówcy zwracamy uwagę, by nie malować rzeczywistości, lecz ją obnażać, doświetlać. Dużym niebezpieczeństwem obecnie jest tyrania optymizmu, przykrywanie rzeczywistości, fałszywie dodatnie ubarwianie. Mało kto uczy, jak żyć z brzydotą. Tymczasem obcowanie z brzydotą uczy użyteczności, czyli podejścia do spraw fałszywie ujemnych. Umiejętność przeżywania rzeczywistości lub trudnych rozmów buduje realne poczucie bezpieczeństwa i użyteczności. To jest obecność.

Czy patrząc na osoby występujące na scenie, możemy zobaczyć u nich to poczucie użyteczności względem swoich kompetencji?

Jako żywo. Jeśli ktoś przeżywa traumę, wyrzucili go z pracy, niczego w życiu nie osiągnął, ma niskie poczucie wartości – to wychodząc na środek, robi sobie terapię kosztem publiczności. Czy mówi do rzeczy? Trudno powiedzieć, koloryzuje pozytywnymi bzdetami, zarzucając publiczność frazesami, opiniami… Czy trzeba się cały czas posiłkować cytatami z Henry’ego Forda, który był bliskim przyjacielem Adolfa Hitlera…? Przecież mamy swoich klasyków – chociażby Słowackiego i Norwida z ich piękną polszczyzną…

Mówiąc o tyranii optymizmu, miał Pan na myśli coachów?

Sformułowanie coach budzi ostatnio niepokój. Zacznijmy od etymologii – coach to trener. Zaczynałem w wieku 11 lat, trenując małe dzieci, potem młodzież, wreszcie dorosłych. Byłem instruktorem w harcerstwie, w sporcie, w wojsku. Potem, w połowie lat 90. powiedziano mi, dorosłemu już przedsiębiorcy, że działania te odbierane są jako coaching. Jednak współcześnie coaching sprowadza się do „certyfikowanego” zadawania pytań… Warto zatrzymać się nad tym zagadnieniem. Często jest tak, że zamiast po bolesnym zwolnieniu z pracy przejść terapię, nasi bohaterowie postanawiają uczyć innych, jak przejść przez rzekę zmian. Skutki tego bywają opłakane, ponad połowa treści, na jakie się natykamy, to hucpa albo już sekty rozwojowe, w których uczestniczą tzw. ćpuni emocjonalni. Jadą na sesję, żeby się doładować, bo w ich życiu na co dzień jest syf, a na warsztatach jest super pozytywnie. Moim zdaniem to dewaluuje profesję trenera w ogóle. Być może takim uczestnikom potrzebna jest bardziej terapia, którą poprowadzi kompetentna osoba znająca się na odwykach…

Dlaczego sprowadza Pan terapię do zajmowania się tylko jednym zagadnieniem – odwykami?

Współcześnie nawyk to nader często uzależnienie. Czy to od dobrego samopoczucia, zasobności portfela, wielkości ego (zwycięstwa za wszelką cenę), wygody życiowej, czy wreszcie fascynacji (Jeśli nie jestem zafascynowany, to może jestem chory…?). Terapia takich osób nie różni się niczym od terapii dla uzależnionych, np. od hazardu… Patrząc na osoby występujące na scenie, łatwo nam, zawodowcom, wyłapać, że są one np. przed terapią. Sam przeszedłem w życiu dwie – to użyteczny proces budzenia uważności na to, co dzieje się ze mną w trudnych chwilach…

Nie wstydzi się Pan do tego przyznać, mimo że widzimy się po raz pierwszy?

Jest taka opinia, że podjęcie terapii jest równoznaczne z przyznaniem się, że ze mną jest coś nie tak. Rzeczywistość jest inna. Terapia jest po to, aby świadomie ułożyć sobie relacje z przeszłością, a nie wypierać ją ze świadomości. To konfrontacja z rzeczoną tożsamością i supełkiem wewnątrz nas, z którym samemu trudno sobie poradzić. Dzięki temu możemy w pełni odczuwać, nic w sobie nie zamrażając. Ponadto zaczynamy mieć świadomość tego, co się z nami dzieje i co dokładnie odczuwamy. Mówimy wtedy o „uważnej obecności”, co w okolicznościach występowania publicznego daje właściwe uziemienie. Same wystąpienia to przecież czysty ekshibicjonizm i poważne ryzyko, że nieprzygotowany decydent storpeduje własne cele oraz założenia. Jeśli podczas narady robi sobie „lewatywę umysłową”, jeśli miażdży wszystkich jak „walec” z piosenki Mistrza Młynarskiego, to powoduje stratę czasu, energii w zespole, być może tylko dlatego, że wczoraj pokłócił się z córką i przenosi te negatywne emocje do miejsca pracy… Stare tureckie przysłowie głosi: Słowa są ostrzejsze od miecza.

A co może Pan poradzić takiej osobie?

Powinna odczekać albo scedować wystąpienie na kogoś innego. Jeśli sprawy nas emocjonują, trudno się od nich zdystansować. Wtedy sensowniej jest wyznaczyć rzecznika lub pełnomocnika. Osobną kwestią jest to, że nie każdy ma predyspozycje do wystąpień, np. rzetelne wykonywanie zadań rzadko kiedy idzie w parze z chęcią kwiecistego rozprawiania o tym… A poradzić mogę jedno: stawianie pytań; nie kwestii z wykrzyknikiem…

Czy dobrym mówcą trzeba się urodzić?

Chodzi o trening mowy od najmłodszych lat: recytowanie, czytanie na głos, występowanie przed grupą, szermierki słowne, debaty z dorosłymi, mediacje… Takie osoby mają zawsze przewagę w dorosłym życiu.

Jaką zmianę zauważa Pan u ludzi, którzy przychodzą do Stowarzyszenia Profesjonalnych Mówców?

Dostrzegam trzy bariery zmian. Pierwszą z nich jest zderzenie z selekcją negatywną; podobnie jak w innych profesjach. Sprawdzamy motywację oraz ego mówcy. Jeśli ktoś był chwalony za swoje umiejętności, a dopiero w konfrontacji z zawodowcami występującymi publicznie od dziecka – jak ja i część naszej wspólnoty – dostrzega lub czuje swoje braki, to ma absolutne prawo ciężko to przeżyć i… odpuścić. Technikę zniechęcania znajdzie Pani na wielu polach, np. w środowisku inżynierów, lekarzy czy wojskowych. Jeśli ktoś się nie poddał, pracuje ze sobą, nad swoją bezradnością, to wtedy powoli wkracza w drugi etap.

Czyli jaki?

Panowanie nad emocjami i tokiem myślowo-słownym. Nie chodzi o to, aby recytować z pamięci, lecz aby, znając kluczowe wątki, „rozpakowywać” tekst. Innymi słowy, panuję nad strukturą, nad tym, co się we mnie dzieje, i jednocześnie mam na względzie czas. Dozuję, nie zaśmiecam… Podczas pięciu minut wypowiedzi nie da się zmieścić tony informacji. Ten etap to powtórki idące w tysiące godzin i mające na celu wykształcenie jednej bariery – umiejętności redukcji. Mistrzostwo to mowa, z której już nic nie można odjąć…

A trzeci etap?

Jest to improwizacja. Jeśli otrzymujemy dwusetne zamówienie na mowę lub moderację narady z tym samym wątkiem/problemem, to nie obejdzie się bez improwizacji. Impro – substytut za elastyczność – to ta trzecia bariera. Misternie przygotowana, bo jedna minuta impro pochłania nawet godzinę przygotowań. Publika ma za mną podążać, a ja mam być dwa kroki przed nią. Każda minuta ma nieść określony impuls. Trzeba dawkować energię. Ważne są pauzy i zatrzymania. I to jest właściwa struktura. Te kilka czynników razem wziętych wpływa na utrzymanie zainteresowania słuchaczy. Nasi mówcy reprezentują różne środowiska zawodowe, różny stopień zaawansowania w budowaniu wymienionych barier i mają coś do powiedzenia. Każdego roku w warszawskim teatrze „Palladium” organizujemy „Festiwal Inspiracji”. Można przyjść i się przekonać.

Dobry mówca to…?

To osoba swobodnie operująca trzecią barierą. Mówi, używając obrazo-przykładu, i zadaje przenikliwe pytania. Nie żongluje historyjkami i slajdami.

Zadając sobie pytania, uczestniczymy w procesach myślowych. Recytując i opowiadając – tylko odtwarzamy… Zadanie właściwych pytań podczas wystąpień jest kluczowe, pokazuje klasę i kompetencje mówcy. Pokazuje, czy mówca uczy: jak myśleć, czy raczej: co myśleć… A to istotne dochodzenie w sprawie o wiedzę.

Na koniec proszę podpowiedzieć, jak odróżnić treści ważne od mniej ważnych?

Nazywam je treściami fałszywie dodatnimi i fałszywie ujemnymi. Spotkań z treściami fałszywie dodatnimi jest więcej. Podczas nich nie zadajemy sobie pytań, przekazywane są tylko treści pozytywne: „Za granicą jest super, u nas kiedyś też tak będzie”; „Rób to, co lubisz, a osiągniesz w życiu sukces…”. To taka fałszywie dodatnia pochodna z dzieciństwa… Dorosły patrzy, ale nie widzi, że dookoła są ludzie, którzy osiągają właściwą jakość i wyniki dlatego, że się na czymś znają i potrafią to zrobić, mimo iż np. mają zły dzień, nie chce im się, wczoraj z kimś się pokłócili.

Treści fałszywie ujemne to de facto nagrody przesunięte w czasie. Dostajemy przekaz, który nas dotyka, jest krytyczny, a czasem obnaża fakt, że nie wiemy, jak myśleć; nie znamy kryteriów i tego, co ma być na wylocie projektu, nie zadajemy sobie pytań o właściwe liczby wylotowe. Na przykład w mentoracie chodzi o to, by ściągnąć klienta na ziemię, zdefiniować jego bariery i urojenia, a lęki, marzenia, niepewność zamienić na konkretną decyzję. Nieważne, czy ma się z czegoś wycofać, coś zmienić, czy zatrzymać się – miernikiem postępu jest decyzja i doprecyzowanie kryteriów.

Warto pamiętać, że pomiędzy zgiełkiem owacji na stojąco a ciszą istnieje przestrzeń do życia. A szczęście na „scenie życia”, czy poza nią to tylko brak strachu – w sercu, w czynie i w mowie! Jeśli ktoś mówi, że nie da się nie bać albo chociażby tak myśleć, to znaczy jedynie, że on jeszcze tego nie umie…

Dziękuję za rozmowę.

Ostatnio zmieniany piątek, 09 czerwiec 2017 11:07
Więcej w tej kategorii: « Mądre zmiany

Logowanie