Menu

Logowanie

rejestracja
01.02.2008

Wykonawca inwestycji to nie przeciwnik

Z Dariuszem Blocherem-prezesem zarządu, dyrektorem naczelnym spółki Budimex Dromex, rozmawiają Anna Krawczyk i Henryk Jezierski



Infrastruktura: Niedawno objął Pan stanowisko prezesa zarządu spółki Budimex Dromex, a już ogłoszono ambitne plany zwiększenia rentowności firmy do 3,5%. Jak Pan zamierza ten cel osiągnąć?

Dariusz Blocher: W Grupie Budimex pracuję od 6 lat, znam jej możliwości, a ogłoszony poziom rentowności będziemy mogli osiągnąć dzięki wielu decyzjom podejmowanym w przeszłości. Problem rentowności pojawił się w latach 2002-2004, gdy na rynku panowała dekoniunktura, a w przedsiębiorstwach przeprowadzano restrukturyzacje. Wtedy nasza rentowność oscylowała w pobliżu zera, podczas gdy konkurencja ponosiła spore straty. W latach 2006-2007 uzyskaliśmy rentowność na tym samym poziomie, jednak już nie z powodu ogólnej sytuacji na rynku, tj. niskiej rentowności wszystkich realizowanych kontraktów.

Na nasze wyniki negatywnie wpłynęło kilka kontraktów, które albo nie były realizowane tak szybko, jak powinny, albo z jakiegoś powodu zostały anulowane; 5-6 nieudanych, lecz dużych kontraktów na 100, które firma realizuje rocznie, sprawiło, że nasza rentowność w 2007 roku była po prostu mierna.

Jednak prace naprawcze zostały już w firmie wykonane, wdrożyliśmy nowe procedury, dopracowaliśmy zasady odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Teraz trzeba tylko uważać, by nie popełnić większych błędów.

Najgorsze mamy już za sobą, więc rentowność na poziomie 3-3,5% powinniśmy osiągnąć w 2009 r. Byłby to dobry wynik, zbliżony do firm działających na rynku niemieckim, który wynosi 4%.

- Czy mógłby Pan sprecyzować, jakie to były niepowodzenia, na czym polegały błędy, które spowodowały straty?

- Pierwszym trudnym klientem, z którym współpraca co roku przynosi nam straty, jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad.

Budownictwo wymaga odwagi i odpowiedzialności. Jeżeli w kontrakcie na coś się umawiamy, to w trakcie jego realizacji nie może się nagle okazywać, że dokumentacja jest niekompletna albo grunty są jeszcze niewykupione, gdyż to powoduje m.in. kosztowne przestoje. Te zaś oznaczają dla nas jako generalnego wykonawcy konkretne straty, zatem nic dziwnego, że występujemy do zamawiającego z roszczeniami.

Tak się jednak składa, że przedstawiciele GDDKiA nie są zbytnio skłonni uznawać naszych uprawnionych żądań. Osławionym przykładem jest autostrada A2 odcinek Dąbie-Emilia - za wykonane przy niej prace należy nam się jeszcze zapłata kilkudziesięciu milionów złotych, o które wciąż zabiegamy.

- Czy to oznacza, że zamawiający chce przerzucić wszystko na wykonawcę?

- Sprawa z nierzetelnym klientem zawsze kończy się w sądzie. Wszystko kosztowałoby mniej, a inwestycje można by znacznie szybciej realizować, gdyby zamawiający byli bardziej zdecydowani, uznawali słuszne argumenty partnera i nie traktowali go jak przeciwnika.