Z Tadeuszem Jarmuziewiczem, posłem Platformy Obywatelskiej, w ostatniej kadencji wiceprzewodniczącym Sejmowej Komisji Infrastruktury, o sytuacji na drogach i nie tylko rozmawiają Anna Krawczyk i Joanna Nikolska
Infrastruktura: Jak Pan ocenia obecną sytuację związaną z budowaniem dróg w Polsce? Dlaczego buduje się ich tak mało? Tadeusz Jarmuziewicz: Jedną z największych wad odchodzącej ekipy był lęk przed podejmowaniem decyzji. Konsekwencje tego, nawet przy bardzo sprawnym zarządzaniu, będziemy ponosili co najmniej do 2009 r. W ostatnich 2 latach najczęściej albo w ogóle nie rozpisywano przetargów na projekty czy wykonawstwo albo je unieważniano.
Podam przykład. Na budowę trasy S8 odcinek Powązkowska-Konotopa rozpisano przetarg wartości 1,7 mld zł. Najtańsza zgłoszona oferta opiewała na 2,1 mld. Efekt - parę dni temu przetarg unieważniono. A przecież to raptem 20% różnicy! Niestety nie znalazł się nikt na tyle odważny, by tę ofertę zaakceptować.
W Ustawie o zamówieniach publicznych nie ma słowa o tym, o ile może się różnić kosztorys zwycięzcy przetargu od kosztorysu inwestorskiego - i tu jest właśnie miejsce na podejmowanie śmiałych decyzji. Przy tym trzeba mieć też wyobraźnię - przecież ceny idą w górę. Jeśli unieważnimy przetarg i rozpiszemy go od nowa za 6 czy 8 miesięcy, to do tego czasu koszty i tak na pewno wzrosną!
- Skąd się biorą takie różnice między cenami wymaganymi a cenami proponowanymi przez wykonawców? - Odpowiedzialność za to ponoszą autorzy kosztorysów inwestorskich. Ich prognozy są zbyt odległe od realiów rynkowych, bazują na nieaktualnych cenach. Potwierdza to choćby przytoczony przykład - inaczej nie byłoby tych 20% różnicy. Kosztorysy powinny zawierać realną wycenę, a nie wynikać z chciejstwa. To oczywiste, że ministrowi czy GDDKiA zależy na tym, by koszty były jak najmniejsze, ale wycena nie może schodzić poniżej cen rynkowych.
Czasy, kiedy zamawiano inwestycje na poziomie nawet 40% wartości kosztorysów inwestorskich, to już przeszłość. W Polsce sprzed 7-8 lat panowała taka bieda, że znajdowali się wykonawcy gotowi realizować tego typu zamówienia. Dzisiaj polski potencjał wykonawczy wynosi mniej więcej 60%, tzn. obecne na rynku firmy są w stanie zrealizować ok. 60% zleceń. Nie stałoby się więc chyba nic złego, gdyby te firmy wzięły trochę więcej pieniędzy, bo w ten sposób zwiększyłyby swój potencjał. Mogłyby kupić nowe maszyny i wzbogacić swoją ofertę.
Odpowiadając najprościej: jeżeli ktoś ma pieniądze i może je zdeponować w banku na 4-5%, to zostawi je w banku. Żeby opłacały mu się jakiekolwiek inwestycje, musi na nich zyskać. Wykonawcy to po prostu fachowcy, którzy chcą zarobić. Twórcy kosztorysów inwestorskich powinni wreszcie sobie przyswoić, że realizacja projektów musi być zwyczajnie opłacalna.
- Jakie zmiany przewiduje Pan w administracji? W Generalnej Dyrekcji? - Myślę, że zmiany powinny dotyczyć samego systemu. Nie wierzę w to, że wszędzie pracowali sami źli dyrektorzy. Przecież ci ludzie też chcieli odnieść sukces, chcieli coś osiągnąć. Najwyraźniej to z systemem coś jest nie tak.
- Czy może Pan wskazać jakieś konkretne wady obecnego systemu? - Pierwszym problemem jest ograniczająca zarobki ustawa kominowa. Na rynku ludzie zarabiają w biznesie po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Tutaj jest inaczej, więc to jest inny gatunek menedżerów.
Z całą pewnością bardzo istotna jest komercjalizacja zarządzania. Znowu wracam do pieniędzy, ale nie ma skuteczniejszego stymulatora ludzkich zachowań. Oczywiście istnieją takie wartości jak patriotyzm, ambicja itd., ale jeżeli mówimy o biznesie, to najważniejsze są pieniądze.
Istniejący system można by ominąć, zatrudniając do rozmawiania z potencjalnymi wykonawcami ludzi z zewnątrz. Takie rozmowy nie mogą bowiem wyglądać jak pertraktacje z Autostradą Wielkopolską przy A2. To był wielki błąd - czekać 2 lata, a potem chcieć się dogadać w ciągu 3 tygodni. Konsorcjum doskonale się orientowało, że jego partner w negocjacjach jest pod presją. On sam znajdował się w komfortowej sytuacji - to rząd rozpaczliwie chciał z nim podpisać umowę, a nie on z rządem. Ale też to konsorcjum ma prawników opłacanych po 400 dolarów za godzinę, a nie państwo.
Ten przykład pokazuje, jak ważna jest zmiana ustawy kominowej. I tu jedynym wyjściem jest właśnie komercjalizacja zarządzania. Trzeba wyrównać szanse przy stole!